wtorek, 17 października 2017

TINKA o "Listy do utraconej" Brigid Kemmerer

Gdy ujrzałam piękną okładkę "Listów do utraconej" a na niej papierowe kwiaty zapisane słowami to moja romantyczna dusza od razu poczuła, że to będzie historia, która mnie poruszy. Skusiłam się i sięgnęłam po swoją pierwszą książkę autorstwa Brigid Kemmerer i powiem Wam, że to był bardzo dobry wybór.

Przypadek czy przeznaczenie? Ten list mógł przecież znaleźć każdy…
Declan Murphy to „typ spod ciemnej gwiazdy”. W szkole boją się go nawet nauczyciele. Zbuntowany siedemnastolatek odbywa na cmentarzu obowiązkową pracę na cele społeczne. Pewnego dnia na jednym z grobów znajduje list. Zaintrygowany czyta go i postanawia odpowiedzieć. Gdy Juliet Young odkrywa, że ktoś naruszył jej prywatność i przeczytał list do zmarłej przed niecałym rokiem matki, jest zdruzgotana. Matka Juliet pracowała jako fotoreporterka w różnych miejscach na świecie, dlatego często porozumiewała się z córką poprzez listy. Pokonując złość, odpisuje na wiadomość nieznajomego. Z czasem między Juliet i Declanem rodzi się nić porozumienia.

Teraz, gdy już emocje opadły i mogę zebrać myśli muszę Wam powiedzieć, że mimo wieku bohaterów i otoczenia w jakim się obracają jest to bardzo dojrzała pozycja. Sięgając po tą książkę, wiedziałam, że zmierzę się z problemami ale nie spodziewałam się ich ogromu. Jestem zaskoczona.

Bohaterami „Listów do utraconej” są 17 letni Juliet i Declan. Są w równoległych klasach i chodzą do jednej szkoły. Tak różni, a za razem tak bardzo do siebie podobni. Oboje tracą bardzo bliską im osobę. Oboje obwiniają się o rzeczy, których nie powinni. Oboje są bardzo osamotnieni… i mimo tego, że się nie znają, stają się sobie bardzo bliscy. Wszystko za sprawą listów.

Autorka stworzyła bardzo realną postać, którą jest Juliet. Poznajemy ją w momencie, gdy bardzo cierpi po śmierci swojej matki. Jej emocje w trakcie żałoby są bardzo autentyczne. Tak rzeczywiste, że sama odczuwałam ból,  żal, złość i otępienie do sytuacji jaka ją spotkała. Były momenty, w których denerwowała mnie jej ignorancja i przesadna reakcja dla otoczenia i osób, chociażby jak dla ojca czy przyjaciółki… ale w tyle głowy nadal miałam fakt, że ona jest ciągle nastolatką. Ma prawo być zagubiona. Przecież sami też odczuwaliśmy wszystko dużo bardziej w tym wieku. Nic dziwnego zatem, że żałoba sprawia, że Juliet dosłownie zamyka się w sobie.  

Declan bohater, który jest wycofany, zamknięty w sobie, budzący strach… przynajmniej początkowo mamy takie wrażenie. Kreuje się na męczennika, ale tak naprawdę jest bardzo samotnym chłopakiem, którego opuścili wszyscy, którzy powinni go wspierać. Frustracja, którą codziennie w sobie nosi i szufladka w której został zamknięty, nie pozwala mu się wybić. Mimo chęci nie jest w stanie się otworzyć… do momentu gdy znajduje list na cmentarzu. Postanawia odpisać i ruszyć tym lawinę wydarzeń, której bieg poznajemy w książce.

Ta historia jest niesamowita i dziwna za razem. Bo jak można pisać listy z jakimś nieznajomym z cmentarza? Trochę to naciągane ale jakie nietuzinkowe, inne i to chyba sprawia, że ta opowieść tak bardzo nas wciąga. To czym bardzo mnie zaskoczyła autorka, to głębia przemyśleń i słowa jakich używali bohaterowie w listach. To właśnie po ich treści widać, że nie mamy do czynienia z dziećmi. Listy stają się dla nich wzajemnym wsparciem. Przelewają na papier wszystko czego nie mogą powiedzieć najbliższym. Wiedzą, że to przez anonimowości mogą się bardziej otworzyć, dzięki czemu poznajemy bohaterów oraz sprawy, które leżą im na sercu. To oczywiste, że nie powinni przechodzić przez to wszystko sami. Ich wymiana korespondencji i spojrzenie na sprawy z innego punktu widzenia, sprawiają, że książka zaczyna nabierać bardzo piękną formę przekazu. Ponieważ między wierszami znajdujemy wiele prostych mądrości, których nie zauważamy na co dzień. Wszystko co czytamy, napisane jest zwięźle i na temat. Nie ma niepotrzebnego przeciągania. Akcja pomiędzy bohaterami mimo, że toczy się stopniowo to nie jest przesłodzona. Bohaterowie nie są wyidealizowani. Mają wady, ciężko im się przyznać do porażki, łakną bliskości i zrozumienia.

Przyznam szczerze, że było bardzo wiele fragmentów, przy których niespodziewanie się wzruszałam. Były to drobne gesty, słowa lub sytuacje, które rozczulały moje serce i sprawiały, że musiałam głębiej odetchnąć. Autorka stworzyła piękną historię, która pokazuje nam jak radzić sobie z wyrzutami sumienia Ta historia nie jest łatwa czy prosta. Mówi o tym jak ciężko jest się pozbierać po utracie bliskiej osoby. Mówi o odrzuceniu i braku akceptacji wśród rodziny. O tym, że nie powinniśmy być sami, gdy pomoc jest w zasięgu ręki i jedyne co trzeba zrobić, to ja przyjąć.

„Listy do utraconej” to wzruszająca historia, po którą może sięgnąć czytelnik w każdym wieku. Jest wyjątkową młodzieżówką, której nie można się powstydzić. Możemy sądzić, że historia w niej opowiedziana nas nie dotyczy… ale to nieprawda. Każdy z nas znajdzie w niej coś co go poruszy, wzruszy czy nawet rozśmieszy. Idealna pozycja na długie jesienne wieczory. Polecam!

Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu


8/10


4 komentarze:

  1. Rzeczywiście okładka przykuwa uwagę. Może kiedyś sięgnę po tę powieść.

    OdpowiedzUsuń
  2. Zgadzam się, okładka jest piękna <3 Każda kolejna recenzja tej książki co raz bardziej mnie do niej zachęca. W tym momencie jestem na etapie, w którym jak najszybciej chcę tę książkę zdobyć. Mam nadzieję, że ja również pokocham ją tak jak wszyscy wokół.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Książka ma swój klimat, jeżeli lubisz Young Adult, to na pewno zapadnie Ci w pamięci :)

      Usuń
  3. Też spodziewałam się, że będzie bardziej "młodzieżowa", a czytało się bardzo przyjemnie:)
    https://slonecznastronazycia.wordpress.com/

    OdpowiedzUsuń

Obserwatorzy

Google+ Followers