poniedziałek, 23 stycznia 2017

"Making Faces" Amy Harmon

Jak mam opisać zachwyt? Jak mam przelać na papier wszystkie emocje jakie wywołała we mnie ta książka?? Jest tego tak wiele, że nie wiem od czego zacząć....brak mi słów.


Z Amy Harmon miałam już styczność przy jej poprzednich książkach i wiedziałam, że nie dostanę zwykłej 

i banalnej historii, gdyż ta autorka wychodzi poza ramy przeciętności, ale "Making Faces" przeszło moje oczekiwania... zaparła dech, zachwyciła i nauczyła.

O czym więc jest " Making faces"??


W małym, cichym miasteczku mieszkała grupa przyjaciół. Wśród nich Ambrose Young — błyskotliwy i śmiały, młody zapaśnik ze sporymi szansami na sportową karierę. Nic dziwnego, że nie zwrócił uwagi na Fern Taylor. Zawsze miła 

i pogodna, nie rzucała się w oczy. Nie zauważył, że obdarzyła go uczuciem szczerym i silnym — to dla niego za mało.

Ich wspólna historia mogłaby nigdy nie powstać, gdyby pewnego dnia nie wybuchła wojna. Ambrose wraz z czterema przyjaciółmi z miasteczka wyruszył do Iraku. Wrócił sam, ciężko ranny. Stracił nadzieję, ale nie Fern. Jej uczucie do niego wciąż trwało, choć już wkrótce okazało się, że miłość do mężczyzny ze złamaną duszą nie jest prosta.



Jestem nią oczarowana i mam czytelniczego kaca po jej skończeniu. Ta historia to kwintesencja tego czego szukam w książkach . Emocji, mądrości życiowych, miłości.  Jestem na kolanach i nie chce się z nich podnosić. Woow...

Porusza ona tak wiele aspektów życia,  uczy nas pokory,  szacunku do życia,  tego co już posiadamy. 

Daje nam mentalnego klapsa za traktowanie siebie i innych przez pryzmat powierzchniowego piękna, zatrzymuje i zmusza do refleksji.



Ambrose i Fern to bohaterowie cierpiący.  Ona jako nastolatka wyśmiewana ze swojego wyglądu, a on uznawany za Boga - przystojny sportowiec który ma z pozoru wszystko...do czasu gdy traci absolutnie wszystko. 

Autorka pokazuje jak pozornie szczęśliwi ludzie ciepią w samotności  jak wieczorami rozpadają się na milion kawałeczków.... 


Pisarka nie ogranicza się tylko do głównych bohaterów - tworzy tu całą społeczność.  Mieszkańcy miasteczka tworzą tło powieści by w pewnym momencie przeniknąć główne wątki, splatać się z nimi, uwypuklać problemy, rozwiązania.  Nie zanudzicie się gdyż książka naszpikowana jest zwrotami akcji,  wydarzeniami, które zmieniają bohaterów ale i samego czytelnika. 
W pewnym momencie autorka tak obraca historię,  że szczęśliwi ludzie stają się cierpiętnikami a cierpiętnicy dostępują szczęścia.... zabieg ten pozwala nam zobaczyć jak ulotne sa nasze życia. Jak bardzo kruche i zaskakujące bywa życie. Ale ta książka nie ma nas dołować - ma nam pokazać, że powinniśmy szanować to co mamy, dbać o samych siebie i naszych bliskich bo nie wiem co czeka za rogiem.  Pokazuje jak ulotne jest piękno zewnętrzne i tak naprawdę pokazuje nam prawdziwe piękno.


"Gdy się komuś długo przyglądasz, przestajesz widzieć doskonały nos albo proste zęby. Przestajesz widzieć bliznę po trądziku i dołek na brodzie. Te cechy zaczynają się zamazywać, a ty nagle widzisz kolory i to, co kryje się w środku, a piękno nabiera zupełnie nowego znaczenia."

Ogromny plus za język. Mimo, że narracja jest 3 osobowa ale i tak odbywa się z perspektywy obojga bohaterów. Osobiście nie jestem fanka takiego rozwiązania, ale Amy Harmon pokazała jakim kunsztem włada i jak plastyczny jest jej język. Historia jest dopracowana, złożona. 
Dławiłam się emocjami dzięki jej listom, wierszom, cytatom. 





"Jeżeli Bóg wymyślił nam twarze, to czy się śmiał, gdy stworzył mnie?

Czy stworzył nogi, które nie chodzą, i oczy, które widzą źle?

Czy kręci loki na mojej głowie, tworząc z nich dziką burzę?

Czy zatyka uszy głuchemu, robiąc to wbrew ludzkiej naturze?

Czy mój wygląd to przypadek, czy okrutne zrządzenie losu?

Czy mogę obwiniać Go za to, czego u siebie nie znoszę?
Za wady, które mnie prześladują w najgorszych snach,
Za brzydotę, której nie znoszę, za nienawiść i za strach?
Czy czerpie z tego jakąś przyjemność, że wyglądam aż tak źle?
Jeżeli Bóg wymyślił nam twarze, to czy się śmiał, gdy stworzył mnie?"






Stworzyła świat piękny i okrutny zarazem. Ta historia rani, ale i daje nadzieję - przepełniała  mnie do szpiku kości i nadal w niej tkwię.



Czytając ją uzbrójcie się w chusteczki - ja płakałam nie z powodu romantycznych uniesień - choć z pewnością chwytają za serce. Do mnie przemówiła niesprawiedliwość społeczna i życiowa, choroba, utrata, przemoc fizyczna, śmierć...


                            




Polecam ją Wam gorąco.

10/10



Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu





piątek, 20 stycznia 2017

"Hard Beat. Taniec nad otchłanią" K. Bromberg

Są książki do których jestem namawiana.... niby mój typ, wszystko pasuje, a ja nie chcę czytać.
Własnie taką książką jest "Hard Beat. Taniec nad otchłanią"  autorstwa K. Bromberg. Nie maiłam jej w planach i coś mnie od niej odpychało.... ale od czego są czytelnicze bratnie dusze.... 
od wiercenia dziury  w brzuchu ;) i namawiania. Skusiłam się - było warto??


Zacznijmy od treści:


Życie korespondenta wojennego Tannera Thomasa zmienia się bezpowrotnie, gdy podczas jednej z reporterskich wypraw ginie Stella — jego przyjaciółka, była narzeczona, a jednocześnie fotografka,
z którą współpracował przez ostatnie dziesięć lat. Targany bólem rzuca się w wir kolejnych niebezpieczeństw,
by choć na chwilę zapomnieć o tej stracie. Pomaga mu w tym Beaux Croslyn, nowa partnerka zawodowa, 
dla której Tanner — z wzajemnością — traci głowę.

Beaux w niczym nie przypomina typowej kobiety. 

Nie chce rozmawiać o swoich sekretach i nie chce się angażować, ale próbuje przyciągnąć Tannera bliżej, żeby ukryć się we mgle wzajemnego pożądania. 

Niestety, jej przeszłość zaczyna zagrażać ich relacji, 
a nawet życiu. Wówczas reporter postanawia za wszelką cenę odkryć prawdę. Pełna sekretów, namiętności i adrenaliny opowieść o miłości wbrew wszelkim regułom, postanowieniom 
i obietnicom. Czy Tanner i Beaux mogą liczyć na odrobinę szczęścia?


Po raz kolejny przyznaję się do błędu i po raz kolejny żałuję że tak długo się opierałam.

Moi drodzy "Hard Beat. Taniec nad otchłanią" to wybuchowa mieszanką tajemnic okraszona pikantnymi scenami. Wow. 
Spodziewałam się banału, a dostałam skomplikowaną historię zakazanej miłości z wojną w tle. 
Świat przedstawiony jest okrutny, pełen zła i naszpikowany niepewnością o jutro. W tym wszystkim są oni. To co ich przyciąga do siebie jest zakazane - On nie wyleczył się jeszcze z traumy po stracie przyjaciółki, a Ona skrywa swoje sekrety. Autorka genialnie przedstawia walkę jaką stacza ze sobą Tanner.  
Jest bohaterem rozdartym.  Zakazuje sobie  Beaux,  ale w pewnym momencie dochodzi do ściany..... 

i nie jest w stanie się oprzeć. 

"Ona jest moim skrawkiem nieba w tym piekle na ziemi."


Właśnie to rozdarcie, wahanie oczekiwanie bohaterów wciąga najbardziej. Autorka w genialny sposób pokazuje ich lęki łamanie się i gdy już czytelnik myśli że ma to czego chciał,  że będzie już tylko lepiej następuje wybuch.....

Cała powieść to ciągła niepewność i gonitwa. Czytelnik dzięki temu wchodzi w ten świat, żyje nim, czuje razem z bohaterami.

Już dawno książka mnie nie zaskoczyła. Tak to już mam, że wszystko rozpracowuję szybko 
i nie ma dla mnie niczego nowego.... tu było inaczej.  Do samego końca nie wiedziałam
co i jak, kto jest kim i co skrywają bohaterowie.
Przyznam - przeżyłam szok nie raz i nie dwa. To ogromy atut tej powieści i do tego te emocje,
te piękne opisy myśli i uczuć bohaterów... mądre, pełne prawdziwego życia, głębokie, rozdzierające  serce..


"Jej zdaniem oczy to jedyna część ciała, która nigdy się nie zmienia, więc jeśli dostrzeżesz w czyichś oczach jutro, to wiesz, że znalazłeś kogoś na zawsze."


Mały minus za zakończenie - za szybko,  za płytko - gdyby autorka przeciągnęła temat i dopracowała zakończenie było by zdecydowanie lepiej.

Po raz kolejny dziękuję za namówienie mnie na lekturę - teraz namawiam Was.


8/10


Obserwatorzy

Google+ Followers